Okiem Beresia

Witold Bereś
Witold Bereś

Trzynasty miesiąc: Smutek

Kiedyś to były święta… Śnieg skrzypiący pod butami. Mróz na polu, a przytulny ogień w domu. Choinki pachnące. Karp zabity z rana pałką, którą potem tarto mak. A tamten mak smakował zupełnie inaczej, bo z opiatami, więc dzieciaki po rozpakowaniu prezentów i nacieszywszy się nimi, nafutrowane ciastem szybko zasypiały pod grubą pierzyną.

Takich świąt już nie będzie.

I nie tylko dlatego, że tradycyjny mak został wycofany z obrotu. Ani dlatego, że tłuczenie ryb jawi się nam jako barbarzyństwo. Ani nawet nie dlatego, że przyszło ocieplenie klimatyczne, a w piecach nie wolno palić.

Nie. To inne święta idą, bo inny czas nastał. Czas smutku.

Zwykle grudzień to był czas najszczęśliwszy, choć bywał i biedny. Ba – tragiczny. Należy do tych najbardziej ponurych miesięcy polskich – grudzień 1970 i 1981 na trwale wpisały się w losy polskich cierpień.

Nie wiadomo, jak długo wytrzyma państwo polskie. Lecz każdy, kto uczciwie staje przed lustrem, nieważne liberał, socjalista czy fundamentalista, zgodzi się: data ważności Rzeczypospolitej dramatycznie zbliża się do końca.

Nigdy, przenigdy nie pomyślałbym jednak, że do mitologii tragicznych polskich miesięcy dopiszemy grudzień w wolnym kraju.

Gdy piszę te słowa, nie wiadomo, jak długo wytrzyma państwo polskie. Każdy, kto uczciwie staje przed lustrem, nieważne liberał, socjalista czy fundamentalista, zgodzi się: data ważności Rzeczypospolitej dramatycznie zbliża się do końca.

Najpierw była cyniczna władza, która nie bacząc na ludzkie zdrowie i życie, gotowa była poświęcić społeczny pokój, aby tylko zachować swoje stołki i przewagi.

Potem mętnawa opozycja, która modli się o Dzień Świstaka, zamiast się obudzić!

Następnie wielki społeczny bunt kobiet krzywdzonych, obrażanych i poniżanych.

Później polscy faszyści, wcześniej hodowani przez władzę, a dziś jawnie obnoszący się brutalnością na ulicach i odrzucający nie tylko prawo i sprawiedliwość, ale również prawa człowieka i obywatela.

Wreszcie przegniły Kościół katolicki. Nawet dla tych, którzy od tegoż Kościoła wiele nie oczekują, bo nie mają daru wiary, ale pamiętają doskonale zasługi Jana Pawła II w obaleniu komunizmu, nowa narracja opisująca to, co jeszcze niedawno działo się za drzwiami Watykanu i polskich kurii, jest szokująca.

Czy w tym kontekście można się dziwić, że w Polsce Kościół hierarchiczny, uwiedziony zapachem złota i władzy, zostawił wszystkich cierpiących?

A w tle tego wszystkiego Zaraza.

Z każdym dniem jej ofiar jest coraz więcej i więcej. Tymczasem sednem zarazy jest nie wirus, ale niewydolność państwa ulepionego z papier mâché, masy powstałej z rozmiękczonego w wodzie papieru z dodatkiem kleju, gipsu oraz barwników i konserwantów. To właśnie owe państwo – chcąc, nie chcąc – zabija obywateli swoją niewydolnością w walce z czułkami wirusa przypominającego głowę w koronie. Oto szpital, czyli miejsce, od którego oczekuje się ratunku, stał się miejscem przeklętym. A koronawirus – bez bagatelizowania go! – stał się li tylko czynnikiem odsłaniającym niekompetencje zarządzania. Szybko się okazało, że jeżeli obywatele pomrą, to z innego powodu. Albo może nawet i ktoś umrze na koronawirusa, lecz dlatego, że szpitalnictwu nie zapewniono dostaw maseczek, nie mówiąc o tlenie.

I niewielką pociechą jest to, że większość państw cywilizacji Zachodu też okazała się ulepiona z zeschłego papieru. To raczej dowód, że świat w całości przeżarł się dobrobytem i – pławiąc się od ponad trzech ćwierci wieku w globalnym pokoju oraz gnuśności – doszedł do granicy, za którą jest już tylko marzenie o wywołaniu kryzysu, który podniesie adrenalinę życia, choćby i przyniósł równocześnie kres cywilizacji.

A w tle stoi zawsze potężna, coraz potężniejsza Sieć, która zmienia gusta jej użytkowników, wywraca rządy i buduje fałszywe, alternatywne światy.

Jak zatem usiąść do wigilii? Jak się połamać opłatkiem, choć z tak wieloma bliskimi nie będziemy mogli się zobaczyć, czy to z racji pandemicznych kwarantanny czy z racji tego, że – niestety – pandemia już ich zabrała.

O odpowiedź bardzo trudno.

Gorzej, jeśli za chwilę nie będzie można zadawać pytań.